nitkilidki blog

Twój nowy blog

To niesamowite, że ostatni wpis na tym blogu powstał prawie dwa i pół roku temu!!!!!!!!

W tym czasie zginęły fotki (nawet nie pamiętam, jak wyglądały), zginęły hasła dostępu, zginęła chyba umiejętność pisania.

Ale pojawił się on…..

Michał.

To dzięki niemu przez ten czas nie napisałam tutaj nic. Mały zlodziejaszek, kradnie cały czas jaki posiadam.

Miła to jednak kradzież, nie przeszkadza mi. W ogóle nie przeszkadza…..

Zaczynam jednak odkurzanie tego bloga.

Michu śpi.

A jednak….

1 komentarz

Jednak coś dłubię, choć tak długie milczenie mogłoby świadczyć o zupełnie innych faktach.
Wymianka marantowa się skończyła. Mam nadzieję, że kiedyś nastąpi mobilizacja i napiszę o niej coś więcej. Pełna obaw, czy podołam postanowiłam wziąć udział w kolejnej. Co tym razem wydziergam – tajemnica.
Głównym moim zajęciem w ostatnim czasie był krzyżykowy króliczek. Mam zamiar uszyć kołderkę z wyhaftowanym króliczkiem. Robótki prawie połowa, kołderka ma być dla Michasia, ciąża już za półmetkiem i rodzi się pytanie: kto będzie pierwszy – Michaś czy króliczek? Długo czekałam na materiały, trochę musiałam od niego odpocząć, w przyszłym tygodniu zakończę pewnie wymiankowy prezent, więc i króliczka zacznie przybywać.

No, ale miało być o tym, że dłubię. Dłubię i nawet udało mi się wydłubać. Chwilowo przerzuciłam się na druty, co zostało uwidocznione na fotografii (po prostu zestawienie barw, z którymi udaje mi się ostatnio pracować, urzekło mnie):

Dwie ostatnie prace: topik szydełkowy, który powstał jakiś miesiąc temu i wdzianko, zrobione dzięki pomocy dziewczyn wspólnie dziergających to cudo na forum maranty:

Biały topik to już trzeci z serii. Trzeci, z którym zapoznało się moje szydełko, pierwszy był w kolorze czarnym i był dla mnie (obecnie go nie noszę, bo brzuch mi zbyt duży urósł), drugi był w kolorze zielonym i został zrobiony dla Kasiulka w wymianie marantowej, trzeci jest biały. Zrobiony w zasadzie z rozpędu, bo zwyczajnie lubię ten wzór.

W zasadzie nie wiem, czy kiedykolwiek go założę, bo nie mam bladego pojęcia jak będę wyglądała po ciąży. Może się kiedyś przyda. Zrobione szydełkiem nr 2 z Arii.
Niebieskie wdzianko zrobione jest z włóczki z ostatnich zakupów. Altin Basak Star w kolorze o kodowej nazwie „560″. Włóczka kupiona z wyprzedaży, ostatnie dwa motki po 100 gram, stwierdziłam, że może się przyda.
No i przydała się. Użyłam drutów nr 3,5, poczytałam jak to się robi na forum (dobrze, że dziewczyny przetłumaczyły z angielskiego), szybko i sprawnie poszło. Jeden weekend i dwa popołudnia z drutami w ręku a efekt taki:

wdzianko

Nie do końca jestem zadowolona z efektu końcowego, ale cóż, pruć nie będę.

Obecnie powstaje w tzw. „międzyczasie” (wszyscy wiemy, że coś takiego jak międzyczas nie istnieje ;) kocyk dla Michasia. Włóczka kupiona już dawno temu, ktoś na allegro wyprzedawał swoje zapasy. Niesamowicie miękka i lekka. Robię z zapałem i z przyjemnością. Po dwóch popołudniach kocyk wygląda tak:

Mam zamiar wzór powtórzyć siedem razy, więc kocyk będzie siedem razy dłuższy niż obecnie. Mam nadzieję, że moje maleństwo będzie uwielbiało miękkości równie mocno jak jego matka i nie będzie zaprzeczać, kiedy spróbuję go tym opatulić.

Od momentu, w którym wiedziałam, że mogę być w ciąży, ściśle według zaleceń lekarza, prowadzę „oszczędzający tryb życia”. „Oszczędzający” w tym przypadku nie oznacza bynajmniej trybu, w którym powstrzymuję się od wydatków finansowych, te bowiem zaczęły wzrastać wraz z rosnącym brzuszkiem. Mam mianowicie oszczędzać własny organizm, nie forsować go, nie męczyć.
Stosując się do zaleceń zaniechałam jazdy rowerem. Od stycznia moim środkiem lokomocji jest autobus i … winda. No, może z małymi wyjątkami, po schodach w dół schodzę „nogami”, w górę zaś korzystam z dźwigu. No i do autobusu oraz od autobusu też muszę korzystać z nóg.
Mieszkamy na czwartym piętrze. Na trzecim drzwi od windy zamykają się nieznośnie długo, nawet postanowiłam ostatnio, że w sytuacji, w której będę jechała windą z kimś, kto wysiada na trzecim piętrze – wysiądę po prostu z tym człowiekiem i to jedno piętro zwyczajnie pokonam schodami, bo czekanie aż drzwi się zamkną a winda pojedzie wyżej jest co najmniej irytujące.
W ubiegłym tygodniu wracając z pracy zabrałam ze skrzynki awizo, które zostawił listonosz i udałam się do windy. Wcisnęłam przycisk „wołający windę” i zapatrzona w awizo czekam.
Czekam…..
Czekam….
I jeszcze czekam….

Winda nie jedzie. Podniosłam głowę, wytężyłam słuch i pierwsze co sobie pomyślałam to „winda stoi na trzecim piętrze i czeka aż zamkną się drzwi”.
Ale nie. Nawet podczas zamykania się owych drzwi słychać jakieś odgłosy. A tutaj zwyczajnie martwa cisza.
No więc podnerwiona ruszyłam pieszo schodami myśląc po drodze, co za ludzie mieszkają w tym bloku, pewnie ktoś zastawił drzwi na którymś piętrze i winda nie może ruszyć. Egoizm i tyle. No, jeszcze istniała jedna możliwość – awaria dźwigu. Ale nad tą długo się nie zastanawiałam, bo awarii tegoż urządzenia do tej pory nie rejestrowałam, więc dlaczego miałoby się zepsuć właśnie teraz. Narzekając na mieszkańców zziajana doszłam do mieszkania.

Dwa dni później wracając z mężem z badań udaliśmy się w kierunku windy, aby nią dojechać na nasze czwarte piętro. Mąż wcisnął przycisk a ten…. zaświecił się. Przyjechała winda, w której nie świeciło się światło. Dopiero wówczas do mojej głowy dotarła myśl: „przecież wciśnięty przycisk świeci się, kiedy winda musi dojechać na piętro, na którym przycisk wciśnięto. Dwa dni temu przycisk się nie świecił, w windzie nie ma światła, więc…… winda stała cały czas na parterze!!!!!”
A ja przed nią czekająca na nią i …. wściekła na mieszkańców.

Zakupy

Brak komentarzy

W ubiegłą niedzielę usiadłam przed komputerem, aby zrobić włóczkowe zakupy. Przymierzałam się do nich od dawna, szukałam bowiem odpowiedniej włóczki na letnią sukienkę, którą zamierzam wykonać. Potrzebowałam białej bawełny. Model pochodzi z wiosenno-letniego numeru Vogue Knitting z 2007 roku. Kiedy już dowiedziałam się jakiej grubości i w jakiej ilości włóczki potrzebuję – ruszyłam na zakupy.

Wybrałam włóczkę „Miya” Altin Basak. Do tego potrzebowałam jeszcze jednego motka Arii z naszej poczciwej łódzkiej Ariadny. Ten zestaw znalazłam w sklepie „zamotane.pl”.
Zamówiłam odpowiednią ilość włóczki (ba, Arii wzięłam nawet dwa razy tyle, co trzeba, pewnie kiedyś się przyda), skorzystałam z przeceny i wzięłam również dwa motki włóczki Star również produkcji Atlin Basak a także skusiłam się na duże (do tej pory standardowym moim szydełkiem był rozmiar 1,5) szydło w rozmiarze 3 mm. Takiego jeszcze nie posiadam a czasem pewnie by się przydało. Złożyłam więc zamówienie, a że pora była późna – wybrałam się na kolację.

Po kolacji stwierdziłam, że warto by było za zakupy jak najprędzej zapłacić, ponieważ z oszczędności wybrałam opcję wysyłki przesyłką ekonomiczną a przecie Aria jest mi potrzebna do wykończenia wymiankowej niespodzianki. Jednak byłam już tak śpiąca, że tylko się umyłam i postanawiając wykonanie przelewu nazajutrz rano położyłam się spać.
Nazajutrz rano, czyli w poniedziałek, jak to w poniedziałki bywa, w pośpiechu ruszyłam do pracy. Po drodze przypomniałam sobie o nie wykonanym przelewie. Cóż, zrobię go po pracy.

Kiedy już po krótkim jak zwykle weekendzie wpadłam w szpony pracy około godziny jedenastej do naszej firmy wpadł pracownik poczty z paczuszką w ręku. Paczuszka odpowiadała mniej więcej rozmiarom zamówionej przeze mnie włóczki. Ależ się ucieszyłam myśląc „cóż za ekspresowa wysyłka, przecież jeszcze nawet nie zapłaciłam”. Do głowy mi nie przyszło, że zamówienie składane w niedzielę wieczorem może być zrealizowane najszybciej w poniedziałek rano, czyli przesyłka powinna być u mnie najprędzej we wtorek. Było to dla mnie zupełnie oczywiste, że w kartoniku znajdują się moje włóczki.

Jakież było moje zaskoczenie kiedy okazało się, że w kartonie są książki szefowej. Moje włóczki zostały natomiast dostarczone równie ekspresowo, zważywszy opcję przesyłki – ekonomiczną, czyli w środę. Prócz zamówionych artykułów otrzymałam również próbki włóczek. Oto moje zdobycze:

Zakupy w zamotane.pl

Fakt, przywitałam się i tyle. Przydałoby się wrzucić choć jedną fotografię przedstawiającą dzieło mojego nitko-plątania. Tak się niestety złożyło, że mojego ostatniego dzieła nie mogę pokazać. Zostało zrobione na wymiankę. Jako prezent dla pewnej forumowiczki z forum Maranty. Cieszę się, że już ukończyłam, bo czas leci, wymianka finiszuje z początkiem kwietnia a nie lubię robić czegoś w pośpiechu. To dość stresujące. Pochwalę się, kiedy regulamin wymianki będzie już na to pozwalał.

Pochwaliłabym się czymś co zostało wykonane wcześniej, ale już drugi dzień nie mogę otworzyć strony, na której gromadzę zdjęcia. Złośliwy los pogania mnie chyba, abym w końcu wydłubała coś zupełnie nowego.

Na imię mam Lidka. Kiedy byłam małą dziewczynką pewna kobieta pytała mnie o imię. Rodzina używała imienia Lila, choć jest ono niezgodne z wpisem do ewidencji ludności zamieszkującej terytorium Rzeczpospolitej. Nie lubiłam Lili. Lubiłam Lidkę. Więc przedstawiałam się „Lidka”. Pani natomiast się ze mną droczyła: „Jak? Nitka?”

Spodobało mi się. Nitka też brzmi ładnie.

Za sprawą mojej babci i po części także mojej mamy (choć pewnie owa dama również miała na to wpływ) pokochałam niteczki. Babcia uczyła mnie robótek na drutach, na szydełku, mama jej wtórowała, bo „każda kobieta powinna to umieć”. Jako młode kilkunastoletnie dziewczę wykonałam kilka sweterków na drutach, niektóre z nich noszę do dziś, choć nie wyglądają już tak świeżo a i za modą nie nadążyły. Później, w czasach politechnicznych trochę odbiegłam od plątania nitek, wróciłam do tego zajęcia już jako mężatka. I pokochałam te nitki do tego stopnia, że w pasmanterii mogłabym zamieszkać, tam zasypiać i tam się budzić.


  • RSS